Po godzinach

Po co uczę się włoskiego?

autor Żona Październik 23, 2016 0 komentarzy
IMG_0440

Kiedy mówię, że uczę się włoskiego, jestem w 100% pewna, że za chwilę usłyszę pytanie: po co? No więc właśnie: po co ja się uczę tego włoskiego?

Pewnego dnia mój kochany mąż wrócił z pracy i rzuciwszy okiem na moją osobę ubraną w dres, bez makijażu i z włosami, które miałam już umyć dwa dni wcześniej, powiedział: Aga, zrób coś ze sobą!

Na szczęście dla przyszłości naszego małżeństwa, nie miał na myśli mojego wyglądu. Zaczął chyba mieć już dość żony, która cały dzień spędzając z rocznym maluchem, wieszała się na nim tuż po przekroczeniu progu i żądała rozmów na wysokim poziomie intelektualnym oraz zapewnienia wszelakich rozrywek. A on chciał tylko zjeść w spokoju swojego kotleta. Wiec pewnego dnia mój mąż powiedział, że mam się zapisać na włoski.

Gadasz o tym już od kilku lat, idź się zapisz, wyjdź z domu, zrób coś dla siebie – przekonywał.

To było 6 lat temu, a ja nadal w każdy wtorek i czwartek wychodzę z domu na dwie godziny uczyć się włoskiego. Dla mnie od tych 6 lat, to jest zwykła codzienność, normalna rzeczywistość. Ja zdążyłam się przyzwyczaić, ale dla większości moich rozmówców, jest to rzecz z kategorii „dziwactwa”, a przynajmniej: „ciekawostki”. Niemal zawsze pytają mnie o 3 rzeczy.

Po co się uczę włoskiego?

Żeby to był angielski, niezbędny w każdym CV, to się rozumie – ale włoski? Nie pracuję we włoskiej firmie, nie mam domu w Toskanii, a ostatnie wakacje we Włoszech spędzałam 5 lat temu. Nie muszę uczyć się tego języka, nie jest mi do niczego potrzebny. Nauka włoskiego nie daje mi żadnych (wymiernych) korzyści. Nie dostanę awansu, ani nie znajdę lepszej pracy. Uczę się tylko i wyłącznie dla siebie samej. Dla własnej przyjemności, bo nawet nie mam gwarancji, że w ciągu najbliższych miesięcy będę miała okazję używać go na ulicach Rzymu czy Florencji. Uczę się, bo zawsze podobał mi się ten język, tak samo jak Włochy, z tamtejszą kuchnią na czele. Kiedy zaczynałam się uczyć włoskiego, najważniejszym celem było dla mnie wyjście z domu i zrobienie czegoś dla siebie. Kurczę, to „coś dla mnie” po tylu latach nadal jest w czołówce ;)

Czy po 6 latach mówię płynnie po włosku?

Nie. Chociaż z mówieniem i tak idzie mi o niebo lepiej niż z rozumieniem. Kto był we Włoszech i miał okazję podsłuchać Włochów przy rozmowie, ten wie. W ogóle, mówienie w obcym języku wcale nie jest trudne. Dużo trudniejsze jest ZROZUMIENIE, co ta druga osoba do ciebie mówi. Ja na przykład taka byłam z siebie dumna, że umiem zapytać o to, gdzie znajdują się toalety! Barmanka w Pizie 3 razy mi powtarzała, zanim w końcu z jej GESTÓW wyczytałam, że mam iść do końca i na lewo. W każdym razie, mój tryb nauki włoskiego można chyba najlepiej określić jako indywidualny. Nie uczę się w szkole językowej w klasie z ławkami i tablicą, tylko spotykamy się z nauczycielką w jej własnym domu. W żadnym wypadku nie nazwałabym też tego trybu nauki intensywnym. Wręcz przeciwnie – ledwo co skończyłyśmy podręcznik dla średnio zaawansowanych, a nieraz bywa, że pół lekcji przegadamy. Oczywiście po włosku! Kiedy więc mówię, że uczę się 6 lat i wcale nie mówię płynnie, to rozumiem ten wyraz zdziwienia na twarzy mojego rozmówcy. Żyjemy w czasach, które przyzwyczaiły nas, że wszystkiego musimy uczyć się szybko i intensywnie, wciąż się doskonalić i nigdy nie stać w miejscu.

Jak długo jeszcze będę się uczyć?

Na początku nie rozumiałam, o co w ogóle ludzie mnie pytają. Potem zrozumiałam, że większość z nas myśli o nauce języka wyłącznie jak o kursie do odbębnienia. 3 lata do stopnia zaawansowania i pach! – certyfikat. Zaliczone! Odkładamy do szuflady. Ja natomiast chcę włoskiego uczyć się tak długo, jak długo będzie sprawiało mi to przyjemność. Lubię uczyć się języków, z chęcią nauczyłabym się jeszcze kilku innych. Tylko, że takie umiejętności nie są nabywane raz na zawsze. Nieużywane – zanikają, zapominamy je szybciej niż sądzimy. Dlatego zawsze szukam okazji do używania włoskiego: oglądam programy po włosku, czytam gazety i zaczepiam wszystkich Włochów, jakich mi się uda spotkać na ulicy ;)

Ważna jest droga, a nie cel

No właśnie, moja znajomość włoskiego najprawdopodobniej nie przyniesie mi ani większych pieniędzy, ani świetnej pracy we Włoszech, ani domu w Toskanii. Nie musi. Są inne, być może nawet ważniejsze, skutki uboczne. Ważniejsze jest samo uczenie się; to, że mam po co wyjść z domu, to że mam okazję porozmawiać z innymi ludźmi niż mąż i dzieci, to że mózg jest ciągle stymulowany nowymi słówkami do zapamiętania, to że nie każdy mój dzień wygląda tak samo: dom-praca-dom.

Jeśli jest coś, co zawsze chciałaś robić, ale jednak wciąż znajdowałaś tysiąc wymówek, że nie warto, nie opłaca się a w ogóle, to po co, to być może powinnaś przemyśleć to jeszcze raz. Być może kurs nauki szycia na maszynie, o którym marzysz od lat, nie uczyni cię modną projektantką, ale z pewnością tworzenie własnych ubrań i wieczorne siadanie do maszyny będzie sprawiać ci przyjemność i pozwoli oderwać się od zmartwień i zrelaksować. Być może nie założysz własnej cukierni, ale warsztaty cukiernicze zainspirują cię do tworzenia prawdziwych arcydzieł we własnej kuchni. Być może nigdy nie wystąpisz w „Tańcu z Gwiazdami”, ale dzięki kursowi tańca będziesz tryskać pozytywną energią i kto wie – może nawet zrzucisz kilka niepotrzebnych kilogramów?

To, co chciałabym ci dziś powiedzieć, to że nie możemy postrzegać naszych pasji przez pryzmat korzyści. Nigdy nie wiemy, co nas czeka. Może za kilka lat dostanę świetną propozycję pracy we Włoszech. A może nie? Ale z pewnością nie ma sensu rozkminianie, ile korzyści przyniesie mi nauka włoskiego i czy nie lepiej szlifować angielski (pewnie lepiej ;) ), bo każda pasja nas rozwija i każdy nasz wybór to kolejne, celne doświadczenie. Nie warto przeliczać wszystkich naszych działań na pieniądze. One też nie mogą być celem same w sobie.

Dużo ważniejsza od celu jest droga, którą podążamy.

Może ci się też spodobać