Związki

Po pierwsze: żona

autor Żona Grudzień 2, 2015 0 komentarzy
IMG_4619
To przerażające, ale większość znanych mi kobiet przedstawia się tak: „Jestem Ewelina i jestem mamą Asi i Tosi”, albo „Nazywam się Irena i mam dwójkę cudownych dzieci”. Czasami dodają do tego, że są żonami, a czasami dodają jeszcze swój zawód. Dlaczego to jest przerażające? Czytajcie dalej.

Nie dziwię się wcale, że właśnie bycie mamą stawiają na pierwszym miejscu. To ważna rola, dla wielu z nas najważniejsza, najcudowniejsza, najbardziej satysfakcjonująca. Sięgnijmy do przykładów z mojego podwórka – popatrzmy na blogerki. Maria na swoim blogu pisze: Jestem mamą Franka, Lili i Heli, Ania mówi o sobie, że jest licencjonowaną mamą, Malwina pisze: mama, żona i … blogerka, a Agnieszka: mama dwóch synów. Ale to są blogerki parentingowe, więc to eksponowanie roli matki możemy im wybaczyć.

Czego się czepiam?

Ano tego, że my, kobiety, kiedy zostajemy matkami, to nam odbija. Tak właśnie. Dostajemy kręćka, odpieluszkowego zapalenia mózgu, jak zwał, tak zwał. Nagle – mimo że jeszcze przed chwilą byłyśmy zdolnymi studentkami, potem dyplomowanymi specjalistkami w swoim zawodzie, potem zakochanymi narzeczonymi i szczęśliwymi żonami – to nagle wszystko inne przestaje mieć znaczenie, bo poświęcamy się do bólu byciu matką. Nagle to macierzyństwo staje się naszym najpiękniejszym życiowym doświadczeniem, a uczucie do naszych dzieci, hojnie podlewane przez burzę hormonów w ciąży i po niej, zastępuje nam wszystko: miłość do męża i przyjaźń najlepszej przyjaciółki.

Ja nie lepsza

Ho! Ho! Ho! Byłam tam, to i wiem. Nieważne, że milion razy obiecywałam sobie, że jak się nasza pierworodna urodzi, to nigdy, ale to przenigdy nie dopuszczę do takiej sytuacji, w której mój mąż poczuje się odstawiony na boczny tor. Dopuściłam. I przyszło mi to bardzo łatwo. Z przykrością teraz o tym myślę, jak mój mąż musiał być bardzo o to dziecko zazdrosny. Już nie chciałam się do niego przytulać przed spaniem – wolałam przytulać się do córki. Już nie pytałam go, kiedy wracał z pracy, jak mu minął dzień, tylko nawijałam przez godzinę o tym, co takiego cudownego robiła tego dnia nasza córka. Kiedy mój mąż się skarżył, bagatelizowałam problem, lekceważyłam jego uczucia. Bo przecież nadal go kochałam, nic się w tej materii nie zmieniło, więc o co w ogóle mu chodzi? Całe szczęście niektóre sygnały wysyłane przez mojego męża przebijały się do mojej świadomości. Na przykład: wychodziłam na zakupy do centrum handlowego i wracałam z mnóstwem rzeczy dla naszej córki, bo przecież nie sposób było się oprzeć tym maciupcim skarpetkom, albo tej pięknie ilustrowanej książeczce, albo tej nowej modnej zabawce. I wtedy mój mąż z zawodem w oczach pytał: a co, żono, kupiłaś dla mnie? I wtedy ogarniał mnie smutek, bo faktycznie, zawsze starałam się zrobić mężowi choć małą przyjemność i coś mu z zakupów przynieść. A teraz? Czy naprawdę przestałam o nim myśleć? Czy przestałam o niego dbać?

No. Przestałam.


Szczerze, to nie przypominam sobie, żeby najlepsza z żon się nie przytulała. Faktycznie, z zakupów wracała obładowana butelkami, ciuszkami, zabawkami i nie starczało miejsca na jakąś książkę dla mnie. Ale nie traktowałem tego jako kryzysu w naszym małżeństwie. Pewnie dlatego, że tak mocno kocham tę moją żonę, że wiedziałem że to dla niej ważne i w tym ją wspierałem, zapominając o sobie. Zapytajcie ją, kto z nas miał tzw bejbi blusa po urodzeniu pierworodnej. Ja! Ale dlatego, że próbowałem zrobić wszystko, żeby jej pomóc, a ja byłem na ostatnim miejscu. Ale to moja przypadłość i skrzywienie psychiczne, o którym może kiedyś napiszę.
Komentarz Męża
Uff… jak dobrze, że wyparł to z pamięci! ;)
Komentarz Żony do komentarza Męża

 

Dlaczego warto być przede wszystkim żoną?

Ponieważ raczej nie grozi nam, że ni stąd, ni zowąd przestaniemy nasze dziecko kochać. Nie grozi nam też to, że prędzej czy później przestaniemy łaknąć jego stałej obecności (dziecko, oczywiście, przestanie – i to całkiem niedługo). Że przestaniemy interesować się jego życiem, tym co myśli, czy jest szczęśliwe, itd. Przestaniemy? Oczywiście, że nie przestaniemy. Natomiast nasza miłość małżeńska to zupełnie inna para kaloszy. Nie jest bezwarunkowa jak ta, którą czujemy do dziecka. Kiedyś może sobie pójść w siną dal. A my nawet tego nie zauważymy.

W pewnym momencie może się okazać, że nie mamy już o czym ze sobą rozmawiać. Może się okazać, że kiedy dziecko opuści dom, zostawi po sobie pustkę większą niż Kosmos. I rozwód murowany. Ja nie mam najmniejszego zamiaru się z moim mężem rozwodzić. Przysięgałam mu, że będę go dręczyć do końca życia i mam zamiar tej obietnicy dotrzymać. On z kolei obiecał, że będzie się mną opiekował aż do śmierci, nawet jeśli na starość dopadnie mnie Alzheimer i zamierzam go z tego rozliczyć. Nawet jeśli już nie będę tego pamiętać. Ładnych parę lat temu przy ołtarzu właśnie to sobie obiecaliśmy (ok, możliwe, że słowa przysięgi były nieco inne). Stałam w kościele świadomie decydując się na spędzenie reszty życia z tą drugą osobą. Nie z moim dzieckiem, którego nawet jeszcze wtedy nie mieliśmy w planach, tylko z tym właśnie konkretnym facetem, w którym z jakichś tam powodów się zakochałam, z tym, którego sama wybrałam.

Dbanie o związek to nasz obowiązek

A ja nawet nie czuję, kiedy rymuję ;) Zewsząd słyszymy, że trzeba dbać o związek, podsycać płomień miłości, i inne banały. To tak łatwo powiedzieć: trzeba dbać. Ale jak? Co robić? Czy jest jakiś skuteczny sposób? Tylko jeden? Ja mam ich kilka, ale to temat na osobny wpis ;) Czy działają? Zobaczymy za 20 lat ;) Mam nadzieję, że się wtedy nie obudzę i nie stwierdzę, że trzeba ratować nasz związek. O ile będzie jeszcze coś do ratowania.

Dziś powiem wam tyle: jestem dumna z bycia mamą dwóch cudownych istot, ale mam je po to, żeby jak najlepiej przygotować je do dorosłego i samodzielnego życia. Swoje życie spędzę z mężczyzną, którego wybrałam. A ty swoje…?

Może ci się też spodobać