Trochę żartem

Niesamowita historia, która przydarzyła nam się pewnego jesiennego wieczoru w Niemczech

autor Żona Luty 18, 2016 0 komentarzy
6049715503_dca394fd73_b
Ściemniało się, kiedy dojechaliśmy na miejsce. Pogoda była prawdziwie jesienna: było zimno i mżyło. Spędziliśmy w podróży 12 godzin, ale nie czuliśmy się zmęczeni. Czuliśmy podekscytowanie tym pierwszym weekendem jaki mieliśmy spędzić bez dzieci. To pewnie dlatego daliśmy się tak zaskoczyć.

Zaparkowaliśmy przy głównej uliczce i poszliśmy na poszukiwanie apartamentu, który wynajęłam na ten weekend przez internet. Na szczęście nie był daleko. Zadzwoniliśmy domofonem i drzwi otworzyła nam starsza pani. Nie mówiła po angielsku, a my po niemiecku, ale szybko się dogadaliśmy i po chwili szliśmy już po skrzypiących drewnianych schodach na drugie piętro przedwojennego domu. Właścicielka, która była naprawdę przemiłą starszą panią, pokazała nam apartament i pożegnała się z uśmiechem, życząc nam – tak nam się wydawało – miłego pobytu.

Apartament był dokładnie taki, jaki chcieliśmy. Przestronny i czysty – reszta była mało ważna. Zjedliśmy kanapki, które nam zostały z podróży, rozpakowaliśmy się i poszliśmy zrobić zakupy do marketu, który widzieliśmy po drugiej stronie ulicy. To właśnie tam, stojąc w kolejce do kasy, po raz pierwszy zwróciłam na to uwagę. Przed nami stała para staruszków i rozmawiała wesoło z kasjerką, na oko w wieku przedemerytalnym. Po sklepie snuło się jeszcze kilkoro innych starszych ludzi i wtedy pomyślałam, że nie widzę żadnej matki z wózkiem, nikogo w naszym wieku, żadnych nastolatków. Ale szybko to sobie wytłumaczyłam tym, że to pewnie przez tę brzydką pogodę. Komu by się chciało wychodzić z domu?

W Quebecu w Lodowym Hotelu znajduje się lodowy bar. Spokojnie można tu zamówić Whiskey bez lodu ;)

W Quebecu w Lodowym Hotelu znajduje się lodowy bar. Spokojnie można tu zamówić Whiskey bez lodu ;)

Zanieśliśmy zakupy do naszego apartamentu i postanowiliśmy się przejść, może nawet wstąpić gdzieś na piwo. Akurat przestało padać, ruch na ulicy zmalał prawie do zera i byliśmy chyba jedynymi spacerowiczami w całej okolicy. Spacerowaliśmy wzdłuż głównej ulicy, mijaliśmy ciemne witryny zamkniętych o tej porze sklepów i rozświetlone, emanujące zapraszającym ciepłem okna restauracji i pubów. Zaglądaliśmy w okna restauracji, studiowaliśmy menu, szukając lokalu na jutrzejszy obiad. Liczyliśmy gości (co ciekawe, wszyscy byli mniej więcej w wieku emerytalnym) kierując się zasadą, że tam gdzie jest gęsto, tam dobrze karmią. Zaglądaliśmy przez szyby do pubów, pustawych o tej porze, nie mogąc się zdecydować, żeby do któregoś wejść. W końcu wybraliśmy ten, który był najbliżej naszego apartamentu. Weszliśmy do rozświetlonego, ciepłego i przestronnego pomieszczenia. Jak się można było spodziewać, o tej porze nie było za wielu klientów. Oprócz nas, przy jednym stoliku w kącie siedziało dwóch mężczyzn i grało w szachy. Za barem stał siwy mężczyzna i jego żona – także już niemłoda.

Ten bar i restauracja mieszą się w naturalnej jaskini na Playa del Carmen w Meksyku

Ten bar i restauracja mieszą się w naturalnej jaskini na Playa del Carmen w Meksyku

Siedliśmy na wysokich taboretach przy barze i łamaną niemiecczyzną, zamówiliśmy lokalne piwo. Z początku nie zauważyliśmy tych spojrzeń, które ukradkiem rzucali w naszą stronę właściciele. Potem zaczęło mi się wydawać, że mówią coś o nas, znacząco się uśmiechając. Nie rozumieliśmy z tego nic i zaczęliśmy czuć się nieswojo. Po jakiejś pół godzinie lokal zaczął się wypełniać. Wchodzili kolejni tubylcy i wylewnie witali się z właścicielami oraz innymi klientami. W sumie, nic dziwnego, w takim małym miasteczku pewnie wszyscy się znają. Z każdą minutą przybywało coraz więcej gości, a każdy z nich po wymianie powitań od razu kierował zaciekawione spojrzenie w naszą stronę. Z początku nas to nie niepokoiło. Wiedzieliśmy, że musimy budzić zainteresowanie. Przecież jesteśmy obcy. Jesteśmy… i wtedy to do nas dotarło: jesteśmy INNI.

Zaczęliśmy uważniej przyglądać się gościom pubu. Większość porozsiadała się po stołach i prowadziła wesołe rozmowy ze szklanką piwa w ręce. Część osób, przy mniejszych stolikach, grała w karty lub szachy. Czuliśmy się, jakbyśmy trafili na jakiś zjazd absolwentów, tylko taki 40 lat później. Byliśmy otoczeni przez sporą grupę ludzi, którzy dobrze się znają i miło spędzają ze sobą czas. Ale coś było nie tak. Coś nie dawało mi spokoju. Co jakiś czas ktoś wstawał, posyłał nam zbyt długie spojrzenie, podchodził do innego stolika i wdawał się w rozmowę. Przyglądałam się gościom jeszcze przez chwilę i nagle już wiedziałam, co mnie męczyło. Nie było na sali nikogo, kto by miał mniej niż 50 lat.
– Zauważyłeś? – zagadałam do męża – Jesteśmy tu najmłodsi.
– Ta – zgodził się ponuro mąż i dopił swoje piwo.

W barze Madame Claudes w Berlinie do sufitu poprzybijane są różne przedmioty. Tak, to zdjęcie jest zrobione do góry nogami

W barze Madame Claudes w Berlinie do sufitu poprzybijane są różne przedmioty. Tak, to zdjęcie jest zrobione do góry nogami

Podszedł do nas właściciel i zapytał, czy chcemy jeszcze jedno piwo. Patrzył przy tym na nas tak jakoś dziwnie. Niby się uśmiechał, ale jego oczy… Jego oczy się nie śmiały, one były śmiertelnie poważne. Poczułam, że kark mi mrowieje i zrobiło mi się zimno.
– Nein, danke – odparłam. A wtedy on odszedł i powiedział coś do mężczyzny, który stał przy barze.
– Strasznie mi nieswojo – powiedziałam do męża. – Zapłaćmy i chodźmy stąd.

Zapłaciliśmy, chwyciliśmy nasze kurtki i świadomi tych wszystkich spojrzeń, wyszliśmy z pubu na ulicę. Za zamkniętymi drzwiami zostawiliśmy jasność, ciepło i gwar roześmianych głosów.

– Pomyślałeś to samo, co ja? – zagadnęłam męża.
– Pewnie! – odparł – Przeprowadzamy się tu na emeryturze!

 

p.s. Zdjęcie na samej górze przedstawia wnętrze baru-muzeum H.R. Gigera w Szwarcarii. Jak nie wiecie, kim był Giger, to spieszę donieść, że to ten pan, który narysował Obcego (tego z komiksów).

1,2,3,4

Może ci się też spodobać