Związki

Nie mów do mnie: Misiu!

autor Żona Grudzień 12, 2015 0 komentarzy
282255437_4fda356cfc_o
Siedziałam już 5 minut w autobusie czekając na odjazd. Pojazd był prawie pusty, jak to zazwyczaj na pętli, a do tego pora już daleka od godzin szczytu. Siedziałam poirytowana, bo czekała mnie ponad półgodzinna podróż przez miasto, a mojego Kindla zostawiłam w domu. W ciągu tych 5 minut od zajęcia miejsca zdążyłam przelecieć przez Instagram i przeczytać wszystkie nowości na wallu na Facebooku. Dwa razy. Zostały mi jeszcze 3 minuty do odjazdu i zdążyłam pomyśleć, że to będzie bardzo długa podróż, kiedy wsiadła ona.

W dystyngowany sposób wspięła się po schodkach autobusu, rzuciła krótkie spojrzenie to w lewo, to w prawo i zdecydowanym krokiem ruszyła w moją stronę, by posadzić swoją szanowną na miejscu naprzeciwko mojego. Postawiła torbiszcze na kolanach i zaczęła coś w nim grzebać, a ja wykorzystałam tę chwilę, żeby się jej lepiej przyjrzeć.

Włosy długie i pofarbowane na czarno miała luźno rozsypane wokół ramion. Na tychże ramionach spoczywała jasna futrzana kamizelka, spod niej wystawały czarne rękawy zakończone dłońmi święcącymi się od pierścionków, ale i tak bardziej świeciły się jej paznokcie. Długie i o kształcie migdała, ozdobione we wzorki i cyrkonie(???) – dokładnie takie, jakich nie znoszę. Z czarnej skórzanej spódnicy wypływały chude (zazdrość) i długie(zazdrość) nogi w rajstopach, zakończone – jakżeby inaczej – białymi kozaczkami! Wszystko w tym wyglądzie mi mówiło, że to typ dziewczyny, która soczyście żuje gumę, każde zdanie kończy: „c’niee?” i zawsze rozmawia głośno przez telefon. Nie cierpię, kiedy ludzie rozmawiają głośno przez telefon w środkach publicznego transportu i my, współpasażerowie, musimy być świadkami opisu podbojów dzielnicowego lovelasa w dresie, albo innej dziuni rozpływającej się nad nową bluzką z wyprzedaży w Zarze.

I właśnie wtedy zadzwonił jej telefon.

Wygrzebała go z torebki i odebrała (głośno i wyraźnie, oczywiście).
– Cześć Misiaczku! – zaszczebiotała uroczo.

Grrrr! – zawarczałam w myślach. Nie znoszę tego pieszczotliwego określenia. Robi mi się od tego niedobrze. A do tego oczyma wyobraźni ujrzałam tego „misiaczka”, który – założę się o wszystko – był dobrze zbudowanym młodym mężczyzną z łysą głową osadzoną wprost na ramionach.

– Tak, dopiero wsiadłam i właśnie ruszamy. Co? Nie wiem, powinnam być chyba za jakieś 25 minut. No. No. No mówię ci, Dziubku, jestem totalnie padnięta – westchnęła głośno, a ja pomyślałam, że z dwojga złego, to już lepszy ten misiaczek. Dziubku!? No, błagam!!!

– To może coś obejrzymy? – kontynuowała ową słodką rozmowę – Coś romantycznego? No wiem, Pysiulku, ale Jolka mi mówiła o takim fajnym filmie… nie pamiętam tytułu. No dobrze, Misiu, zobaczymy. Co? Nie wiem. Co? No nic się nie zmieniła, cały czas jest gruba, mogłaby schudnąć… – paplała dalej podziwiając swoje paznokcie. Pewnie tylko dlatego nie zauważyła, że otwarcie się na nią gapię ze zdegustowanym wyrazem twarzy.

– Idziesz do sklepu? Misiu, a może kupisz jakieś winko? No dobra, Misiaczku, to buziaczki i widzimy się niedługo. No. To paaaa! Pa, pa, Robaczku! Pa!

No, wreszcie! Skończyła się ta męka. Boże! Nie dość, że ludzie bez żenady opowiadają nam szczegóły ze swojego prywatnego życia, to jeszcze te wszystkie Misie i Dziubki! A fe! Jakie to infantylne i słodkie, aż zęby bolą.

Dziewczyna, całe szczęście, po chwili się podniosła, posyłając mi przy tym przyjazny uśmiech i wysiadła, a ja poczułam ulgę i mój wstrząśnięty umysł zaczął odzyskiwać równowagę. Mój przystanek był następny, więc zaczęłam zbierać swoje rzeczy, szykując się do wyjścia. I wtedy zadzwonił mój telefon.

Spojrzałam w wyświetlacz i zobaczyłam, że to mój mąż dzwoni. Uśmiechnęłam się i odebrałam:
– Cześć, Myszka! No, właśnie wysiadam, będę za 10 minut. Myszulko, a chcesz coś na wieczór? Mogę zajść do sklepu…

Zdjęcie: Thomas Fitzgerald

Może ci się też spodobać