Bardzo serio

Śmierć, która uczy

autor Żona Październik 29, 2014 3 Komentarzy
https://www.flickr.com/photos/wvs/3643431344
Dość często myślę o śmierci. Pewnie tak z raz dziennie. Nie wiem, czy to już obsesja, czy jeszcze nie. Nie myślę o śmierci tak ogólnie, ani nie myślę o mojej śmierci. Nie należę do tych osób, które uważają, że jak umrą to świat przestanie działać. Rzadko myślę o tym, co by było gdybym dziś umarła. I są to myśli w kategoriach: czy mój mąż będzie pamiętał, żeby odkurzać i myć podłogi także pod łóżkami i czy znajdzie zapasowe rękawiczki Filipa. Własna śmierć nie zaprząta mi głowy, za to często myślę o śmierci moich bliskich.

Każde zasłyszane zdarzenie, w którym ktoś traci życie, powoduje we mnie lawinę myśli. Zaczyna się od współczucia rodzinie, potem stawiam siebie, męża lub moje dzieci w tej sytuacji, kończy się to wizją odbierania kondolencji na pogrzebie i wyobrażaniem sobie mojego (naszego) dalszego życia. Po drodze oczywiście morza wylanych łez. Nie wiem na cholerę mi taka bujna wyobraźnia, myślicie, że chcę się takimi wizjami zadręczać? A jednak taka świadomość śmierci, świadomość że kogoś może nagle zabraknąć, ma też swoje dobre strony, jeśli w ogóle można tak powiedzieć. Wiele z tych sytuacji, które przecież zdarzyły się zupełnie obcym ludziom, a czasem nawet zdarzyły się w jakimś filmie, zmieniły w jakiś sposób moje życie i sposób postrzegania pewnych rzeczy. Z tego wzięły się trzy zasady, czy może raczej moje trzy postanowienia, na tak zwany „wszelki wypadek”.

1. Nigdy nie chodzimy spać pokłóceni.

To jest taka nasza zasada z początków małżeństwa. Wiele osób się dziwi, kiedy o tym mówimy, ale musieliśmy się „dotrzeć” przez pierwsze pół roku małżeństwa. W tym czasie kłóciliśmy się dużo – najczęściej we wtorki (nie pytajcie) i ustaliliśmy, że każdą kłótnię, każdy problem musimy przegadać, że nie wolno nam zasnąć bez pogodzenia się i wyjaśnienia sobie wszystkiego. Zasada ta przeniosła się ostatnio też na dzieci. Cóż, okazuje się, że z pięciolatką też można się pokłócić. Codziennie przed położeniem się do łóżka robię obchód. Sprawdzam, czy drzwi zamknięte, czy dzieciom nie za zimno/ciepło, przykrywam/odkrywam i… często głaszczę je po główce lub całuję, tak na wszelki wypadek, gdyby…

2. Zawsze żegnam męża i dzieci, kiedy któreś z nas wychodzi z domu.

Pamiętacie katastrofę smoleńską? To było jedno z takich wydarzeń, które wstrząsnęły moim życiem. Przez bite trzy dni katowałam się oglądaniem wiadomości i ryczałam. I dlatego bardzo mocno w pamięć zapadł mi wywiad z dziennikarką Joanną Racewicz, która w katastrofie straciła męża. Mówiła w tym wywiadzie, że tego dnia, kiedy jej mąż bardzo wcześnie wychodził z domu, żeby polecieć z Prezydentem na obchody katyńskie, przebudziła się, ale nie chciało jej się wstawać, żeby się z nim pożegnać. Wyobrażacie sobie, jak mocno tego potem żałowała? I dlatego ja zawsze żegnam się, i to dość wylewnie, z mężem i dziećmi. Żadnych niezałatwionych spraw.

 3. Często mówię moim bliskim, że ich kocham.

Jak najczęściej. Nie żal mi poświęcić chwili, żeby przytulić, pocałować, szepnąć do ucha dwa słowa. Cokolwiek miałoby się stać, moi bliscy muszą się czuć przeze mnie kochani. Czasami mówię to ze świadomością, że mogę mówić to do tej osoby po raz ostatni. Ta perspektywa sprawia, że jestem wtedy bardzo, bardzo uważna.

Śmierć kogoś sławnego, katastrofa, zamachy – te wydarzenia potrafią poruszyć wielu ludzi. Zawsze też znajdzie się ktoś, kto cynicznie wytknie, że jutro nikt już o tym nie będzie pamiętać i każdy wróci do swojego życia, że śmierć zupełnie obcej osoby nie może wpłynąć na nas tak, żebyśmy zechcieli zmienić swoje życie. Ja się z tym nie zgadzam. A wy?

 

Zdjęcie z Flickr.com

Może ci się też spodobać

  • Karolina Kamińska

    Nominowanie do Liebster Blog Award za świetną robotę. Szczegóły u mnie. Dobrej zabawy :)