Bardzo serioParenting

List pracującego ojca do pracodawcy

autor Żona Marzec 20, 2016 0 komentarzy
4610850605_f18681f5f3_o
Kilka dni temu zadzwoniła do mnie koleżanka, która jest asystentką prezesa dużej polskiej firmy zajmującej się sprzedażą pompek do piłek. Jej szef dostał szokujący list od swojego podwładnego – ojca, któremu zachorowało dziecko. Przesłała mi ten przejmujący i prawdziwy list i za jej zgodą publikuję go tutaj, na łamach bloga. Ten ojciec zasługuje na to, żeby go wysłuchać. Przeczytajcie!


Drogi Szefie,
Być może to, co chcę Ci powiedzieć, mocno Cię zaskoczy. Możliwe, że nigdy nie zwróciłeś na to uwagi, bo ja się tym ani specjalnie nie chwaliłem, ani ty nigdy nie pytałeś. Nigdy nie było to problemem. Otóż: jestem ojcem i właśnie zachorowało mi dziecko.

Nie mamy blisko dziadków, a na opiekunkę nas nie stać, jednak chciałbym Cię uspokoić i zapewnić, że nie ma i nigdy nie będzie to miało wpływu na jakość mojej pracy. Nie musisz się martwić, że często będę chodził na L4, bo to moja żona zawsze bierze zwolnienie na dziecko. Nie przejmuj się też tym, że w ciągu dnia będę chciał się zwolnić, żeby pójść z dzieckiem do lekarza. To robi moja żona. Niczym się nie musisz martwić, ponieważ nawet jeśli bym chciał zostać w domu, żeby opiekować się moim dzieckiem, to i tak moja żona się na to nie zgodzi. Uważa, że chore dziecko potrzebuje przede wszystkim matki, a poza tym, ona i tak wszystko zrobi lepiej.

Drogi Szefie, nie ukrywam, że kwestia finansowa odgrywa tu dużą rolę. Dla naszego domowego budżetu lepiej jest, żeby to żona brała L4, przynajmniej dopóki ja zarabiam więcej niż ona. A to się zbyt szybko nie zmieni, bo moja żona pracuje na pół etatu. Zdecydowaliśmy, że tak będzie lepiej dla naszego dziecka. Nie chcemy, żeby cały dzień, od rana do wieczora spędzało w przedszkolu.

Moje dziecko od dwóch dni ma wysoką gorączkę, ale nie musisz się martwić, że przyjdę do pracy niewyspany i zmęczony całonocnym wstawaniem do chorego dziecka. Tym też zajmuje się moja żona. Jutrzejszy służbowy wyjazd na tydzień do Wrocławia jest nadal aktualny. Obiecuję ci, że jako mój pracodawca nie odczujesz skutków tego, że jestem ojcem. To, że jestem ojcem nigdy nie przeszkodzi mi w byciu idealnym pracownikiem.

Z szacunkiem,
Pracujący ojciec chorego dziecka


I na tym mogłabym ten wpis zakończyć, ale obawiam się, że większość z was wzięłaby go zbyt dosłownie. Bo jedna rzecz to słowa całkowicie wymyślonego przeze mnie ojca, pod którymi pewnie niemała część pracujących ojców by się mogła podpisać, a inna rzecz to moje wkurzenie na sytuację rodziców (właśnie: rodziców, a nie matek, czy ojców!) na rynku pracy i generalnie na to, jak rodzina jest traktowana przez nasze państwo i nasze społeczeństwo. Wkurzenie to, tlące się zazwyczaj gdzieś pod powierzchnią, od czasu do czasu wybucha, tak jak wybuchło kilka dni temu po przeczytaniu tekstu „Zwolnienie na chore dziecko”. Link do tekstu zajaśniał mi na facebookowej ścianie, pracownikiem czynnym będę już za kilka miesięcy, dziecko mam, ostatnio nawet chorowało, więc kliknęłam, spodziewając się wpisu merytorycznego na temat zwolnień. Nic bardziej mylnego. W środku znalazłam niekończącą się listę żali matki do pracodawcy i żądań, żeby nie traktować jej jak pracownika gorszej kategorii (czy raczej – zgodnie z ostatnią modą – pracownika gorszego sortu). Wkurzył mnie ten artykuł, choć prawdopodobnie w zupełnie inny sposób, niż autorka przewidziała.

Po pierwsze,

co już zostało wytknięte w pierwszym „męskim” komentarzu pod tym artykułem – cały tekst jest seksistowski. Od pierwszego użycia słów: szef i pracodawca – rzeczownikach rodzaju męskiego – imputując, że takie zachowania wobec matek-pracowników są domeną męskich szefów. Wrzucono tu ich do jednego wora, zupełnie niesprawiedliwie.

Po drugie,

mi tych pracodawców – zarówno kobiet i mężczyzn – po prostu szkoda. Starają się nie kierować się seksizmem w obsadzaniu stanowisk, przekonują sami siebie, że kobieta-pracownik ma taką samą wartość jak mężczyzna-pracownik, a życie całkiem szybko daje im kopa w tyłek. Świeżo zatrudniona, młoda, wykwalifikowana pracownica po pół roku pracy zachodzi w ciążę i znika na 3 lata. Jak wraca, to od razu wychodzi wcześniej, żeby dziecko z przedszkola odebrać, albo większość czasu jej nie ma, bo musi opiekować się chorym dzieckiem. Rozumiem, że można nie być szczęśliwym z tego powodu. Prawdą też jest, że wiele kobiet od momentu wejścia w rolę matki (tzn. z chwilą pokazania się dwóch kresek na teście ciążowym, w tym jednej ledwie jeszcze widocznej) zaczyna traktować siebie jak święte krowy. Często w żądaniu respektowania swoich praw przekraczają wszelkie granice. To, że pracownica w ciąży może umówić się do lekarza w czasie pracy, wcale nie oznacza, że nie należy starać się umawiać wizyty jednak po skończeniu pracy. A to tylko jeden z bardziej lajtowych przykładów.

Po trzecie,

wkurza mnie to, że zarówno pracodawcy, jak i pracownicy cechują się myśleniem: lepiej, żebym ja go zrobił w konia, niż on mnie. Pracodawcy patrzą na swoją firmę tylko z punktu widzenia biznesu, często bardziej koncentrując się na szybkim zysku, niż na długoletnim rozwoju, szerokim łukiem omijając strategię. Ja rozumiem, że koszty prowadzenia firmy są w naszym kraju chore, że nikt tego nie robi w celach charytatywnych, ale przydałaby się w tym wszystkim odrobina przyzwoitości. To samo tyczy się pracowników. Rzadko pracownicy są zaangażowani w misję firmy, okradają pracodawcę (bo przecież drukowanie na firmowym papierze za pomocą firmowej drukarki, to nic takiego, każdy tak robi) i robią wszystko, żeby tylko jakoś „odebrać” sobie to, co im, jako pracownikom się należy. Wciąż zarabiamy za mało, w większości czujemy, że powinniśmy zarabiać więcej i czujemy się oszukani. A skoro ma się poczucie, że szef oszukuje, to można też szefa oszukiwać.

Po czwarte,

nie zgadzam się, żeby to tylko matki sprawowały funkcję opiekuńczą. Dzieci mają ojców i korona im z głowy nie spadnie, jeśli wezmą od czasu do czasu wolne, żeby z dzieckiem pójść do lekarza. Kieruję te słowa szczególnie do matek, które uzurpują sobie prawo bycia największą potrzebą dziecka i prawo do wszechwiedzy o wszystkim co się z dzieckiem wiąże. Zapewniam, że nie jest to zakodowane w kobiecej naturze, że najlepiej na świecie nalewa syropek, a jej przytulanie ma moc magiczną. Ale… żeby nie było, że to takie proste. Nie tylko same kobiety stają na drodze ojcostwu swoich mężów. Zwolnienie na dziecko wiąże się z obniżeniem dochodów o 20% a w naszym kraju nadal niestety to mężczyźni zarabiają więcej od swoich kobiet, nawet jeśli posiadają to samo wykształcenie i doświadczenie zawodowe. Wiadomo, co bardziej się opłaca.

Po piąte,

problem mógłby zostać choć częściowo rozwiązany, gdyby pracodawcy byli bardziej skłonni odwiązać swoich pracowników od biurek i zapewnić im możliwość pracy zdalnej. Jasne, nie w każdym zawodzie to się da zrobić, ale na pewno w większości prac umysłowych, gdzie głównym narzędziem pracy jest komputer. Nic przecież nie stoi na przeszkodzie, żeby ten komputer stał w domu pracownika. Pracodawcy powinno zależeć najbardziej na wykonaniu zadania, nie ma znaczenia, gdzie pracownik z tego zadania się wywiąże. Sama reprezentuję zawód, który świetnie się nadaje do takiej pracy, a mój pracodawca nigdy nie robił problemu z tego, że przez kilka dni pracuję z domu.

Głosy takie jak tej rozżalonej matki wkurzają mnie przede wszystkim tym, że ten gniew kieruje się nie tam, gdzie trzeba. Ładujemy mnóstwo pary w to, żeby się złościć, jacy to pracodawcy są źli, a tak naprawdę, to obie strony są ofiarami. Państwo jakoś specjalnie nie chce pomagać ani młodym rodzicom na rynku pracy, ani pracodawcom nie ułatwia prowadzenia ich biznesu. A dopóki z naszych głów nie ulotni się mit o Matce Polsce, nie ma szans na to, żeby więcej mężczyzn brało urlopy rodzicielskie i nie przełoży się to na poprawę sytuacji matek na rynku pracy. Patrzę na komentarze pod wpisem i na facebooku i wkurza mnie, że tak wiele kobiet mogłoby opowiedzieć podobne historie. Nie powinno tak być.

Zdjęcie: Hiroyuki Takeda

Może ci się też spodobać