Po godzinach

Kiedy chłopcy idą na wojnę. Moje przemyślenia po książce „Snajper”

autor Żona Lipiec 29, 2015 0 komentarzy
Chris Golightly

Kiedy ostatni raz zastanawialiście się, co zrobicie jeśli wybuchnie wojna? Nie tak dawno, prawda? W ostatnim czasie wydarzenia za wschodnią granicą przeniosły te rozmyślania ze strefy „teoretyczne” do „prawdopodobne”. Ja wiedziałam bardzo dokładnie, co zrobię.

Mianowicie, zrobię wszystko, żeby z całą rodziną jak najszybciej znaleźć się jak najdalej stąd. Moja Ojczyzna może sobie umrzeć, byle tylko moja rodzina była bezpieczna. Byłam tego pewna, jak niczego na świecie, aż do momentu, kiedy przeczytałam książkę Chrisa Kyle’a pt. „Cel snajpera”. I ta pewność zaczęła zmieniać się w niepewność.

Dzień Niepodległości

W zeszłym roku 11 listopada stałam sobie na Rondzie de Gaulla obserwując paradę z okazji Dnia Niepodległości. Były wszystkie rodzaje polskich mundurów, był Daniel Olbrychski jako Marszałek, były patriotyczne pieśni grane przez dęte orkiestry. Byłam bardzo ciekawa tej parady, a tymczasem okazało się, że było smutno i marudząco. Może bardziej wesoło i patriotycznie było na tej, która ruszała po południu, ale nie miałam odwagi sprawdzać. Kiedy Amerykanie obchodzą swój Dzień Niepodległości 4 lipca, to jest to wielkie święto całego kraju. Ludzie idą oglądać parady, machają radośnie chorągiewkami, a po południu zapraszają sąsiadów na grilla i pokaz sztucznych ogni. Chciałabym takich obchodów w Polsce. Bez smutnych apeli poległych, albo – niech tam – z nimi też, ale żebyśmy w końcu nauczyli się radośnie i dumnie obchodzić rocznicę Narodzin naszego kraju.

Dlaczego zazdroszczę Amerykanom patriotyzmu

Zazdroszczę Amerykanom ich patriotyzmu. Ich niezwykłej i niezłomnej dumy z bycia Amerykaninem, z posiadania takiej a nie innej historii – nawet tej ciemniejszej. Zazdroszczę wielkiego szacunku jaki mają do symboli swojego kraju. Zazdroszczę, że dla nich flaga jest świętością, nawet jeśli wisi na podwórku sąsiada przez okrągły rok, wyblakła i potargana.

Najbardziej zabójczy snajper w dziejach Stanów Zjednoczonych

Chciałam wam więc dziś opowiedzieć o książce pewnego szczególnego Amerykanina, która wywarła na mnie ogromne wrażenie. Ale zanim sięgnęłam po książkę, obejrzałam nominowany do Oscara film z Bradleyem Cooperem o tym samym tytule. Gdybym filmu nie obejrzała, to pewnie bym po książkę nie sięgnęła, bo książka jakoś wcześniej nie wpadła mi w ręce. Za to film był promowany jako historia najbardziej skutecznego snajpera w historii armii Stanów Zjednoczonych. Jak można nie obejrzeć filmu o facecie, który zastrzelił więcej wrogów, niż ktokolwiek przed nim? Film jest zrobiony znakomicie, zagrany znakomicie, zmontowany znakomicie. Trochę więcej o nim pisaliśmy we wpisie o Oscarach i zachęcam was do odświeżenia sobie tego wpisu. Żałuję trochę, że jednak najpierw nie przeczytałam książki.

Spojrzeć na wojnę oczami snajpera

Książkę czyta się jak blog – pewnie dlatego szybko się wciągnęłam ;) Chris opowiada o swoim życiu bardzo ciekawie, ale skromnie. To co się z niej wybija na pierwszy plan, to właśnie jego rozumienie patriotyzmu jako służbie Ojczyźnie, nawet kosztem swojej rodziny i własnego życia. Zdradza tajniki szkolenia komandosów Navy Seals, nie ściemnia, że wojna go nie kręci, że poza momentami grozy po prostu świetnie się bawił, bardzo ostro wypowiada się o swoich przełożonych, którzy bali się podjęcia zdecydowanych działań, dbając o swój stołek i dobrą prasę, ze szczegółami opowiada o wspólnych misjach z naszym polskim GROMem (i jak bardzo smakowała mu żubrówka), otwarcie przyznaje, że przez swoją służbę jego małżeństwo zawisło na włosku i nie boi się powiedzieć, że nienawidzi wroga, który każe matce zdetonować granat na ulicy pełnej dzieci, prawdopodobnie także własnych. Sięgając po tę książkę, ja, która nienawidzi przemocy i gardzi wojną, byłam pełna obaw, czy dam radę otworzyć się na totalnie mi obce myślenie z pozycji siły, czy będę chciała spróbować zrozumieć kogoś, kogo jedynym celem w życiu było zabijanie. A jednak ta książka pootwierała mi parę klapek w mózgu i skłoniła do rozmyślań nad moim patriotyzmem, nad sensem wojny jako takiej i nad koniecznością używania przemocy. I wcale już nie jestem taka pewna, że wyjechałabym natychmiast z kraju w razie wojny.

Legenda

Wam bardzo ją polecam, koniecznie PRZED filmem, który niestety tych wszystkich przemyśleń Chrisa nie zawiera, który nie do końca trzyma się faktów i skupia się za bardzo na snajperskim rekordzie i traumie wojennej. Bo dopiero książka pozwala poznać Legendę snajperów jako skromnego, zwyczajnego faceta, który postanowił bronić swojego kraju, który błądził i może trochę za często wdawał się w bójki, ale który jest tego rodzaju patriotą, jakich niewielu w naszych czasach i że wcale nie jest Legendą – bo przecież istnieje i z całą pewnością jest daleki od ideału.

Autorem zdjęcia jest Chris Golightly

Może ci się też spodobać