ParentingTrochę żartem

Jak w 1 dzień zdobyć sławę i być na okładce Faktu?

autor Żona Wrzesień 16, 2015 4 Komentarzy
IMG_2159
No, dobra. Może nie każdy ma parcie na szkło, ale zdecydowanie każdy poczułby się mile połechtany choćby chwilową atencją mediów. Na pewno miło byłoby choć przez krótką chwilę pogrzać się w cieple fleszy aparatów i poczuć na sobie zazdrosne spojrzenia sąsiadów. Mieć takie 5 minut sławy – fajnie by było, co?


Ale jak sprawić, by w prawie 40 milionowej populacji naszego kraju, ktoś zainteresował się właśnie NAMI? Nic prostszego. Przedstawię wam to w dwóch prostych krokach.

DSC05987

Krok 1

Najpierw należy porządnie się wkurzyć lub doprowadzić swoją cierpliwość na skraj wyczerpania. Możecie wykorzystać w tym celu męża, z pewnością coś znajdziecie: niepozmywane naczynia, zagubione pod łóżkiem skarpetki. Same wiecie. A jeśli macie dzieci, to już w ogóle prosta sprawa. W takim wypadku mam dla was gotowy scenariusz!

Scenariusz

Zapraszasz kogoś do siebie na obiad, najlepiej na taką godzinę, która będzie się pokrywała z godziną odbioru dziecka ze szkoły. Potem w pośpiechu całe rano gotujesz obiad, koniecznie dwie zupy – dla dzieci tę łagodniejszą, dla dorosłych wersję udziwnioną. W międzyczasie w pośpiechu ogarniasz mieszkanie, łazienkę, myjesz włosy, robisz makijaż i ostatnie – najtrudniejsze – karmisz młodsze dziecko zupą w 10 minut. Potem w pośpiechu jedziesz po starsze dziecko do szkoły.

W szkole czekasz 15 minut, aż dziecko zejdzie, potem kolejne 10 minut, aż się ubierze. Masz 15-20 minut do umówionej godziny wizyty. Ustaliłaś sobie wcześniej jakąś pilną rzecz do załatwienia w tym czasie, np. kupno mundurka. Zapomniałaś jednak sprawdzić adres i podjeżdżasz tam, gdzie ci się wydaje. Oczywiście, po kilku minutach cudownego spaceru z dziećmi odkrywasz, że to wcale nie to miejsce. Pani w pasmanterii całe szczęście wie, gdzie to jest i jest chętna ci wytłumaczyć. Postanawiasz tam pojechać teraz, to przecież niedaleko. Choć nie jesteś pewna dokładnie, bo starasz się słuchać jednocześnie broniąc młodszemu dziecku dostępu do szuflady z guzikami i tłumacząc starszemu dziecku, że nie masz zamiaru kupować połowy sklepu. Twoje zdenerwowanie zauważalnie rośnie. To dobrze.

Podjeżdżasz na miejsce wskazane przez panią z pasmanterii. Nie jesteś pewna, który to blok. Są dwa. Oba tak samo długie. Tak gdzieś na 2 kilometry każdy. Zatrzymujesz się przy pierwszym z nich. Wyciągasz dzieci, lekko już marudne, bo starsze od rana jest na jednej kanapce, a młodsze właśnie zakumało, że to jego pora drzemki. Ciągniesz dzieci wzdłuż bloku, starannie czytając tabliczki. Młodsze upiera się wchodzić swoimi nowymi adidasami w każdą napotkaną kałużę. Wyjaśniasz mu dobitnie, dlaczego nie powinien tego robić, ale chyba ma to w nosie. Twój poziom irytacji gwałtownie się podnosi. Dochodzicie do końca bloku nic nie znajdując. Ta pracownia krawiecka musi więc być w następnym. Ciągniesz dzieci dalej. Wszystko odbywa się w tym samym porządku: ty lecisz pierwsza, mocno poirytowana, starsze marudzi, że głodne, młodsze próbuje wleźć w każdą kałużę.

DSC05992

Wreszcie! Po kolejnym kilometrze tego pochodu widzisz upragnioną tabliczkę. Wchodzicie. Pytasz, czy dobrze trafiłaś. Dobrze. Niedobrze tylko, że mundurków już nie ma. Wczoraj się pojawiły i wczoraj zniknęły. Następna dostawa za tydzień. Zapisujesz się więc na listę, mają zadzwonić, jak tylko mundurki się pojawią.

Wychodzicie. Czeka was długa podróż powrotna do samochodu. Po drodze mnóstwo kałuż. Wtem przypominasz sobie, że powinnaś kupić jedną małą puszkę mleka kokosowego do zupy, a po drodze mijałaś sklep samoobsługowy. Sieciowy. Całkiem spory, jak na osiedlowy, więc powinni mleko mieć. Wchodzicie. Latasz między półkami jak oszalała, bo ciągle przecież jesteś umówiona na „za chwilę”, ciągniesz dzieci za sobą cedząc po raz 50-ty przez zęby, że nie, kutwa, nic im nie kupisz i… mleka nie znajdujesz. Wyszło.

To nic, myślisz, zaparkowałaś przecież samochód przy innym sklepie, mniejszym wprawdzie, ale nie takie rzeczy się widziało. Pędzisz w stronę samochodu, wleczesz dzieci za sobą. Przy kolejnej kałuży bierzesz młodszego na ręce. To tylko kilometr, więc bez przesady, dasz radę. Młodsze, z zaburzonym rytmem dnia, oczywiście marudzi. Zaczynasz mieć już serdecznie dość tej wycieczki i stawiasz dziecko na ziemi. Niech sobie samo idzie! Ty wystrzeliwujesz jak z procy i po chwili orientujesz się, że nikt za tobą nie idzie. Oglądasz się za siebie, a on stoi. Przy kałuży. Wrzeszczysz, żeby przemyślał dobrze to, co zamierza zaraz zrobić. Jakaś pani z dzieckiem mijając go coś do niego mówi. Młodszy rezygnuje i powoli rusza w twoją stronę. Pani mijając cię uśmiecha się przepraszająco i nieśmiało wtrąca, że twój syn się przecież stara. Robi ci się trochę głupio za to, że pozwalasz, żeby aż tak kierowały tobą emocje, ale tylko trochę ci głupio. Tak tyci.

Wchodzisz do następnego sklepu. Nie ma mleka kokosowego. Jesteś teraz już porządnie wkurzona. Pakujesz dzieci do auta i jedziesz. Ale im bliżej jesteś domu, tym bardziej się uspokajasz. Zaczynasz myśleć bardziej trzeźwo. Postanawiasz zajechać do jeszcze jednego sklepu, blisko domu. Ale nie masz absolutnie ochoty wypinać dzieci z fotelików, ciągnąć ich znów do sklepu, odpowiadać na milion pytań i słuchać płaczu, bo czegoś nie kupiłaś. Wściekłość zastąpiła zimna furia. Teraz jesteś gotowa, by przejść do kroku drugiego.

DSC06007

Krok 2

Pozwól swojej furii działać. Zaparkuj. Wyłącz silnik. Weź torebkę, wyjdź z samochodu i zostaw w nim zapięte w fotelikach dzieci. Zaczekaj! Wróć! Otwórz im przynajmniej jedno okno. Zaparkowałaś w kiepskim miejscu, zostawiasz dzieci SAME w aucie, to niech chociaż otwarte okno będzie okolicznością łagodzącą. Biegnij do sklepu po jedną małą puszkę mleka kokosowego. Masz 2-3 minuty, a jeśli przy kasie spotkasz kilku maruderów to może nawet 10 minut.

To właśnie twoja szansa na 5 minut sławy. Jeśli ci się poszczęści, jeśli tylko w pobliżu twojego auta będzie przechodzić jakaś wścibska baba*, możliwe że zaraz zadzwoni po policję, straż miejską lub strażaków. Ktoś zadzwoni do prasy, ktoś zrobi zdjęcia twojego samochodu, otwartego okna i wyciągniętej z niego ręki twojego dziecka. I wtedy – masz to! Możesz z podekscytowaniem czekać na jutrzejsze nagłówki w Fakcie i upragnioną sławę.

DSC06020

Wiem, wiem. Wcale nie mówiłam, że to nie będzie ZŁA sława. W końcu, nieważne jak o nas mówią, ważne, żeby mówili. Prawda? ;)

Gwoli wyjaśnienia: zastosowałam wczoraj ten scenariusz i niestety nie zadziałał. Ale gorąco wierzę, że przy wytrwałych próbach przyniesie oczekiwany skutek. Jeszcze będę miała swoje 5 minut w świetle reflektorów!

*) baba, w dodatku wścibska, kojarzy się z osobą płci żeńskiej w wieku przynajmniej 60+. Warto jednak wiedzieć, że nie jest to regułą. Wścibską babą może być bowiem zarówno 40 letnia ekspedientka w warzywniaku, jak i 23 letnia świeżo upieczona mama. Czasami zdarzają się też mężczyźni, w różnym wieku, ale lepiej to przemilczeć.

p.s. Oczywiście powyższego postu nie można brać całkiem na serio. Jednak, jeśli ktoś poszuka, znajdzie tam też pewną naukę. Na przykład, że każdemu z nas zdarzają się momenty słabsze i każdemu czasem brakuje cierpliwości. NAWET mi.

p.s.2. Autorka pozwoliła sobie na sporą dozę czarnego humoru i ironii. A w pierwszym Post Scriptum nawet autoironii. Miejcie litość dla jej pokręconej duszy.

;)

Może ci się też spodobać

  • Paweł Cichocki

    Love it! :-)

  • F.

    Chodzi o to zostawienie dzieci w aucie? Wielu rodziców zostawia dzieciaki pod sklepem i się chyba nie dziwię. Nas tata też często zostawiał. Tylko w upały to mało rozsądne, ale tak to się chyba nie pozabijają, nie?

    • Ja tam wolę jednak mieć je na oku ;)
      a używanie argumentów w stylu: „nasi rodzice tak robili i nic się nie stało” to brak wyobraźni.

      • F.

        Ale w jakim wieku są dzieciaki? Nie są przecież takie małe. Dziewczynka już w wieku szkolnym, nie wiem czy pierwsza klasa czy nie ale takie dzieci przecież już jakiś rozum mają. Tu nie chodzi o brak wyobraźni tylko też o jakąś dozę zaufania i powierzenia im odpowiedzialności.