JedzenieMiejscaTrochę żartem

Jak nie mieć kaca

autor Żona Kwiecień 10, 2014 6 Komentarzy
zupa
Jednym z powodów dla których kocham podróżować jest możliwość spróbowania kuchni danego kraju czy regionu wprost u źródła. Lubię takie niespieszne zwiedzanie, z dala od największych atrakcji, lubię spacerować bocznymi uliczkami, usiąść w kafejce pełnej tubylców, zrobić zakupy na bazarze. Lubię choć na ułamek chwili poczuć się jak ktoś miejscowy.

Kiedy jestem we Włoszech jem tylko włoskie potrawy, piję espresso w miejscowym barze, robię zakupy w supermercato. Korzystam z tego, że mam świeże ryby i owoce morza i najlepszą świeżą pastę na świecie. Kiedy jestem w Austrii zajadam się sznyclem i strudlem, popijając rieslinga. Wiem, że kiedy pojadę do Nowej Zelandii będę jeść co drugi dzień jagnięcinę (a, niech będzie i codziennie, co mi szkodzi ;) ). Jak będę w Japonii będę jeść na zmianę sushi i ramen. Coś tylko dałam plamę podczas podróży do Stanów i mam teraz kaca, gastronomicznego kaca ;)

Nowy Jork, który miałam niezwykłe szczęście odwiedzić aż trzy razy (a nawet wzięłam tam ślub) jest miejscem szczególnym, specyficznym, unikalnym. Mówią, że jak ktoś był tylko w NYC to tak naprawdę nie zna Ameryki, bo Nowy York jest inny niż cała Ameryka. Pewnie coś jest na rzeczy, bo nie znam innego takiego miejsca w Ameryce gdzie zebrałoby się tyle różnych narodowości. I są to naprawdę spore społeczności. Są dzielnice włoskie, chińskie, pakistańskie, hinduskie, polskie, żydowskie i wiele, wiele innych. Na każdym kroku natykasz się na kogoś mówiącego po hiszpańsku. Nic więc dziwnego, że to co oferują jadłodajnie jest jak przegląd wszystkich kuchni świata.

Za pierwszą wizytą postawiłam sobie taki cel, żeby zjeść w typowych amerykańskich fast foodach, które znałam z Polski, czyli McDonald’s, KFC, Burger King, zjeść nowojorskiego precla, hot doga z budki na ulicy i pączka z dziurką z Dunkin’ Donuts. Wszystkiego tego udało mi się spróbować i muszę powiedzieć, że najlepsze były precle i hot dogi ;) To co my nazywamy w Polsce fast foodem w Stanach byłoby elegancką restauracją. Ciągle jeszcze mam ciarki, kiedy przypominam sobie Burger Kinga na Dolnym Manhattanie, który mieścił się chyba na drugim poziomie piwnicy, bez światła dziennego za to z dającymi trupie światło świetlówkami i klejącą się podłogą. Burgery też nie przypominały smakiem tych z Polski – były zdecydowanie gorsze. A ani razu podczas żadnego z moich pobytów nie przyszło mi do głowy zjeść w Taco Bell. Zgrzytam teraz zębami ze złości. Może kiedyś nadrobię.

Świeżutkie ryby i owoce morza w Chinatown

Świeżutkie ryby i owoce morza w Chinatown

Poza tym zwiedzanie przebiegało jak zwykle: kupowanie gorących precli na ulicach Manhattanu, hot dogów, kawy w Starbucksie. „Na mieście” najczęściej jedliśmy sushi, chińczyka, pizzę. Kiedy wybieraliśmy się do restauracji całą rodziną była to najczęściej jakaś włoska knajpa w Little Italy a potem kawa i tiramisu w najlepszej włoskiej kawiarni w mieście – Cafe Napoli. Nigdy potem nie jadłam lepszego tiramisu jak tam, nawet we Włoszech! Ale ani razu nie weszliśmy do burgerowni i nie zjedliśmy prawdziwego amerykańskiego burgera, ani razu nawet nie zaświtała nam myśl, żeby pójść na steka.

To właśnie to najlepsze tiramisu na świecie

To właśnie to najlepsze tiramisu na świecie

Podróż poślubną spędzaliśmy w Miami Beach. Pierwszego wieczoru wyhaczyliśmy fajną knajpę, typowo amerykańską, z typowo amerykańskim jedzeniem. Co zamówiliśmy sobie na kolację? Burgery? Nie! Pizzę! Raz poszliśmy do knajpki gdzie serwowali tylko hot dogi chyba w 50 odsłonach. Była tego masa. Były pyszne. Nie wróciliśmy tam więcej. Przecznicę dalej znaleźliśmy sushi bar, gdzie było bardzo tanio i jedliśmy tam niemal codziennie. Wiadomo, że jak się jest nad morzem, to się chce świeżej rybki, tak samo nam, chciało się świeżych owoców morza, w Polsce rzecz nieosiągalna. Jedliśmy te krewetki, małże, kalamary aż nam uszami wychodziły, a ani razu nie poszliśmy na burgera! Dziś, chyba nietrudno wam uwierzyć, bardzo tego żałujemy. Ciągle wspominamy tę knajpę w której NIE zjedliśmy amerykańskich burgerów i zastanawiamy się jak smakowałyby inne hot dogi.

Czekamy na pizzę w typowej amerykańskiej knajpie. A mogliśmy zjeść burgery... - Miami Beach

Czekamy na pizzę w typowej amerykańskiej knajpie. A mogliśmy zjeść burgery… – Miami Beach

Paella w Miami Beach

Paella w Miami Beach

Tagliatelle z owocami morza... nadal Miami Beach

Tagliatelle z owocami morza… nadal Miami Beach

Taco Bell, amerykańskie burgery i steki. To są moje małe wyrzuty sumienia, taki mały kac gastronomiczny. Ale tylko mały. Bo wiem, że kiedyś tam wrócę i to nadrobię.

 

Może ci się też spodobać

  • Teraz oglądamy na YT filmiki Gonciarza z Japonii i mam takie same odczucia, są rzeczy których trzeba spróbować! Choć nie wiem czy byłaby taka odważna jakby przyszło mi zjeść węża albo jakieś robactwo ;) Jednakowoż, to, że nie zjedliście steku czy burgera – niewybaczalne :) Trzeba wrócić i nadrobić! :)

    • Agnieszka Krupińska

      Węża bym zjadła, inne robaki… chyba bym się przemogła. Byleby były chrupiące a nie oślizgłe i mięciutkie (ja nawet duszonych żeberek nie przełknę nie mówiąc już o jakiejś gliście ;) )

  • Skanna Czyjakośtak

    Ja tak w Hiszpanii miałam – najlepsze jedzenie to falafele w syryjskiej knajpie :), kuchnia hiszpańska (w odróżnieniu od włoskiej, którą kocham bezgranicznie) w ogóle mnie nie pociągała.
    A Taco Bell akurat całkiem do rzeczy rzekłabym, jako i hamerykańskie steki, ale to wiadomo. Za to bólem strasznym przez trzy tygodnie było to, że na obu wybrzeżach Ameryki najsmaczniejsza kawa, jaką udało mi się znaleźć, to była kawa ze Starbucksa, a więc zasadniczo pomyje bez smaku – wszystko inne było jeszcze gorsze.

    • O, ja tam bym jadła na śniadanie tortille, na przystawki tapas, a na obiad paelle. I tak w kółko ;) Nie zdołam wypowiedzieć jak bardzo bardzo żałuję tego Taco Bell. Ale już planuję w perspektywie kilku lat ten błąd naprawić. Czekam aż mi dzieci podrosną na tyle żeby się Muzeum Historii Naturalnej zachwycić ;)

      • Skanna Czyjakośtak

        Eeee, no bez przesady – taco bell fajne, jak na fast food, ale bardziej żałowałabym jednak steków :)

        • Ale dobrego steka mogę zjeść też w Polsce, burgera w zasadzie też. A Taco Bell nie ma :/