Związki

Jak głupi Amerykanie nie chcieli mi dać ślubu

autor Żona Maj 4, 2015 3 komentarze
IMG_1399
Jestem szczęściarą. Jestem cholerną szczęściarą i powiem wam szczerze, że nieraz sama nie mogę uwierzyć w to, co mnie spotkało. Wszystkie babki marzą o pięknym ślubie, a potem płaczą, że mogły wziąć taki tylko raz. Ja miałam dwa śluby i dwie suknie ślubne. Tylko facet ten sam ;)


Ceremonie ślubne były dwie: w odległości dwóch tygodni i jakichś 6 tysięcy kilometrów. Czy wspominałam już, że jestem szczęściarą? Nie dość, że miałam dwa śluby, to jeszcze ten drugi był w… Nowym Jorku! (Który jest najwspanialszym miastem na świecie!)

Ślub cywilny zdecydowaliśmy się wziąć w Polsce. Można oczywiście wziąć ślub cywilny w konsulacie czy ambasadzie RP, ale jest z tym więcej załatwiania. A co najważniejsze, na ślub w USC w Polsce może przyjść cała wasza rodzina i znajomi. Do Nowego Jorku jednak nie każdy się wybierze. ;)

Ślub kościelny zatem był w Nowym Jorku, w polsko-amerykańskiej parafii rzymsko-katolickiej na Maspeth. Kościół na całym świecie to tak naprawdę jedno państwo. Nie ma żadnego znaczenia, czy bierzecie ślub w sąsiedniej parafii, czy w parafii w Manilli. Wystarczy mieć ten sam jeden dokument, czyli licencję na udzielenie ślubu. To takie proste.

W Stanach okazało się jednak, że nawet na ślub w kościele katolickim, udzielony przez katolickiego księdza, nawet dla pary, która już formalnie jest małżeństwem, potrzebne jest specjalne pozwolenie. Nigdy nie chciało mi się tego rozkminiać, ale podejrzewam, że to po to, że w Stanach każdy ślub czy to sakramentalny w kościele, czy w kaplicy ślubów w Las Vegas, jest ważny z punktu widzenia prawa. Po takie pozwolenie udaliśmy się więc do właściwego Urzędu Miasta Nowy Jork w dzielnicy Queens.

Podanie o pozwolenie wypełnialiśmy 3 razy. Za pierwszym razem zrobiliśmy to niebieskim długopisem, a powinien być czarny. Dowiedzieliśmy się o tym oczywiście dopiero po odczekaniu całkiem długiej kolejki. Za drugim razem urzędniczce nie spodobało się moje nazwisko: Krupinska. Musiało bowiem być dokładnie takie jak mojego męża: Krupinski. Cóż, w Polsce wiadomo, że to jedno i to samo, ale w Stanach ta jedna literka na samym końcu nazwiska robi olbrzymią różnicę :) Kiedy już wszystko wypełniliśmy jak trzeba – dostaliśmy pozwolenie i mogliśmy wziąć ślub.

Urzędniczka zaproponowała nam wzięcie ślubu natychmiast na miejscu, wystarczyło ustawić się w kolejce do okienka. W okienku inna pani urzędniczka wypełniała odpowiednie papiery, w ten sposób łącząc ludzi w pary na całe życie. W czasie, gdy my załatwialiśmy naszą sprawę, przez „okienko ślubów” przewinęło się jakieś 5 par.

My jednak zdecydowaliśmy się nie zmieniać planów i wziąć ślub w kościele, udzielony przez polsko-amerykańskiego proboszcza parafii, całkowicie w języku polskim, z polskim organistą i polskim zespołem, w otoczeniu nowojorskiej części naszej polskiej rodziny. Była MOC!!! :)

IMG_1498

Może ci się też spodobać

  • A nie wystarczył ten cywilny … <- to oczywiście miała być podpucha ;) ;) ;)

    Super :)
    Gapa jestem, więc może przeoczyłem, ale dlaczego nie mogliście/nie chcieliście w Polsce kościelnego ślubu?

    • Chcieliśmy, ale nie udałoby się zgrać obecności w Polsce obu rodzin przez kolejnych kilka ładnych lat ;) Więc rozdzieliliśmy uroczystości dla rodziny polskiej i amerykańskiej ;)

    • Nie przeoczyłeś bo wcześniej o tym nie pisaliśmy, głównie dlatego że ślub był prawie 9 lat temu :) (w grudniu 9 rocznica)