Bardzo serio

Czy można żyć i nie kupować?

autor Żona Marzec 11, 2015 6 Komentarzy
https://www.flickr.com/photos/tubb/4319243145
Zaczyna się niepozornie, jak każdy nałóg. Być może zaczyna się jeszcze, kiedy jesteśmy dziećmi, kiedy zaczynamy dostrzegać różnice między nami a innymi dziećmi. Różnice w posiadaniu: markowych ciuchów, modnych kredek i piórników, ilości i wielkości prezentów komunijnych. Już wtedy zaczynamy marzyć, że kiedy zaczniemy zarabiać własne (oczywiście duże) pieniądze, to kupimy sobie wszystko to, co aktualnie jest poza naszym zasięgiem.

Możecie się śmiać, ale moim marzeniem z czasów studiów było, żeby kiedyś zarabiać tyle, żeby pójść do sklepu i nie przeliczać, czy mogę kupić ten serek czy tamten, ale po prostu kupić to, na co mam ochotę. W domu, jak to mówią, się nie przelewało. Pierwsza praca, jak na warunki olsztyńskie nieźle płatna, pozwoliła mi opłacić studia magisterskie i od czasu do czasu kupić sobie jakiś ciuch. Już wówczas snułam się godzinami po centrach handlowych, głównie oglądając metki i wzdychając. Potem był ślub i przeprowadzka do Warszawy, a wcześniej kupno mieszkania i nowe wspólne życie zaczęliśmy z długami. Dwa miesiące liczyliśmy każdy grosz, dopóki nie znalazłam pracy. I wtedy to się zaczęło.

Dobre złego początki

Najpierw chodzisz tam dla zabicia czasu, przy okazji, albo dla towarzystwa. Ciągnie cię bogactwo tych wszystkich sklepów, nęci myśl, że w zasadzie to stać cię na to, żeby kupić sobie cokolwiek zechcesz. Centra handlowe to ziszczenie marzeń z dzieciństwa – to życie, które widziałaś mnóstwo razy w amerykańskich filmach i serialach oglądanych w czasach, kiedy na półkach stał tylko ocet. Takiego życia pragnęłaś. Zaczynasz więc szukać powodów, żeby tam wstąpić: przydałaby się nowa bluzka, buty się rozwalają, lato idzie i jakieś sukienki może zaczęłabyś w końcu nosić, akurat właśnie teraz są wyprzedaże. Potem zaczynasz coraz częściej jeść na mieście. 20zł dziennie na osobę – w końcu stać was. Tylko, że już w ogóle przestało ci się chcieć gotować i jecie poza domem niemal 7 dni w tygodniu – bo koledzy z pracy akurat szli do tej chińskiej knajpy, a to jesteście właśnie na spacerze i zgłodnieliście. Zarabiacie dużo, sporą część odkładacie, a jeszcze stać was na to, żeby nie przejmować się cenami. Nie masz pojęcia, ile kosztuje chleb. W spożywczaku po prostu ściągasz z półki to, na co masz ochotę.

Zakupy na poprawę humoru

Potem łapiesz się na tym, że kiedy planujesz weekend, najchętniej nie poszłabyś na spacer, na plażę czy do lasu – ale do centrum handlowego. I nie masz nic, co by to usprawiedliwiało. Żadnej potrzeby, ani jednego brakującego mleka, czy pomysłu na prezent dla kogoś na urodziny, co to będą za 2 miesiące. Nigdy nie wracasz z pustymi rękami. Zawsze coś wpadnie ci w oko lub przypomnisz sobie, że miałaś kupić. Masz swoje ulubione miejsca. Te stałe punkty zawsze odwiedzasz. Płyty DVD w Saturnie, książki w Empiku, ciuchy w Promodzie. Bo a nuż coś nowego będzie, albo po prostu – tak się tylko pogapisz. Na myśl, że musiałabyś oszczędzać masz w nocy koszmary.

Faza wyparcia

Nikt ci nie powie, że się uzależniłaś, bo w mieście pełnym szaleńców to zdrowy człowiek jest szalony. A przecież nie ma nic złego w chodzeniu raz w tygodniu do kina i jedzeniu niedzielnego obiadu w centrum handlowym, prawda? Nie ma nic złego w tym, że na poprawę humoru idziesz na zakupy, prawda? Nie ma zupełnie nic złego w tym, że wydajesz dużo, skoro udaje ci się także coś odłożyć, prawda? Prawda?

Konsumpcjonizm to plaga naszych czasów

Szczególnie dla mojego pokolenia, które dobrze jeszcze pamięta czasy, kiedy coca-colę można było zobaczyć tylko w telewizji w zagranicznym filmie, a pójście do szkoły w jeansach dawało +1000 do lansu (na marginesie: moje pierwsze jeansy uszyła mi mama). Łatwo nam zachłysnąć się tym urodzajem marek, ciężko oprzeć się zrealizowaniu nastoletnich marzeń o posiadaniu 3 par jeansów i szafy pełnej butów. Zastanów się, ile kupiłaś rzeczy, których nigdy potem nie użyłaś, nie założyłaś, nie zjadłaś. Kiedy ostatnio robiłaś zakupy w wyniku przemyślanej decyzji, a nie pod wpływem impulsu? Ile razy widząc reklamę czegoś, nagle zapragnęłaś to mieć? Ile razy wyszłaś ze sklepu bez paragonu i bez najmniejszego pojęcia o tym, ile zapłaciłaś? Ile razy szłaś do sklepu po tylko jedną rzecz, a wracałaś z pięcioma? Czy to źle? A czy to dobrze, że nie jesteś w stanie samodzielnie i mądrze podejmować decyzji zakupowych? Czy to dobrze być uzależnionym od kupowania, a nawet od zwykłego chodzenia po sklepach i gapienia się na ciuchy? A może dobrze się czujesz z myślą, że średnio w miesiącu wydajesz 400zł na szeroko pojęte jedzenie na mieście (kawkę w Starbucksie też liczymy, tak, tak)?

Terapia odwykowa

Jestem na odwyku od kilku miesięcy i wiem jedno: nie jest lekko. To znaczy, teraz już jest, ale na początku tak nie było. Najpierw ma się typowy syndrom odstawienia. Chodzisz wściekła, bo nie możesz pojechać do galerii i choćby wypić kawę, albo pogapić się na książki w empiku (i oczywiście na coś się skusić, bo przecież na kulturze nie wypada oszczędzać). Nagle nie masz co zrobić z wolnym czasem w weekend, bo przecież normalnie pojechałabyś do galerii, jest to uczucie dziwne i niepokojące. Potem przychodzi bunt i frustracja. Że inni to sobie chodzą, a ty nie możesz. Że życie jest niesprawiedliwe, że już tak bardzo chcesz tam pójść, choć na chwilę, przecież wytrzymałaś już dwa tygodnie. A tak w ogóle, to przecież możesz sobie zjeść w Subway’u przynajmniej raz w miesiącu, no raz na dwa tygodnie też cię do bankructwa nie doprowadzi, prawda?

Da się żyć

Jeśli zdecydujecie się zerwać z konsumpcjonizmem, to mam dla was dobrą wiadomość. Po trzech miesiącach nie potrafię wymyślić ani jednego powodu, żeby pojechać do galerii, lista zakupów jakoś tak się kurczy i zostaje na niej to, co naprawdę jest mi potrzebne, od czasu do czasu pozwalam sobie na szaleństwo w postaci pudełka ulubionych lodów, czy wspomnianego wyżej Subwaya. I tyle. Żadnego kupowania, bo może dziś, jutro, pojutrze będę miała na to ochotę (a co w końcu wyrzucisz po tygodniu, bo się przeterminuje), żadnego tracenia czasu na spacery po galeriach handlowych, za to więcej czasu dla rodziny i na realizowanie pasji, więcej, dużo więcej pieniędzy zostaje w portfelu, które mogę przeznaczyć na inne cele w domowym budżecie (np. wakacje). W końcu żegnasz się ze swoim dotychczasowym stylem życia i akceptujesz nowy, który wcale nie jest taki zły, kiedy już uświadomisz sobie, że tak naprawdę to wcale nie potrzebujesz kupować sobie tych wszystkich rzeczy.

Dlaczego powinnaś zerwać z konsumpcjonizmem?

Bo człowiek zawsze chce więcej. Bo nie ważne, ile kupisz ciuchów, ile kaw wypijesz, ile butów będziesz miała, zawsze chcesz jeszcze więcej. Bo powinniśmy mieć kontrolę nad swoim życiem i używać pieniędzy do realizacji naszych celów, a nie pozwalać, żeby to pieniądze stały się naszym celem. Znam bardzo mało osób, które świadomie mówią: zarabiam tyle i tyle i to mi wystarczy, więcej nie chcę. Większość z nas chce zarabiać więcej, tylko po to, że wciąż są na tym świecie rzeczy, które chcą kupić i wpadły w taki styl życia, z którego nie potrafią zrezygnować. No właśnie, styl życia, czy nałóg?

Zdjęcie: Flickr.com

Może ci się też spodobać

  • Magda Glińska

    Znaczy planszówek też już macie dosyć?!

    • Planszówki od dawna są w grupie BARDZO przemyślanych zakupów ;)

  • Na szczęście nigdy nie lubiłam chodzenia po galeriach handlowych…:)

    • Zazdroszczę ;) Ja zawsze to lubiłam, choć ostatnio, szczególnie od kiedy mam dzieci, coraz częściej mnie to męczy ;)

  • Bardzo szczere. Ale może dzięki temu szokowi – przekonujące. Nie mam aż takich problemów, ale pewnie i tak warto się pilnować i zwracać uwagę.

    • Mnie do tej zmiany zmusiło życie ;), ale nie rozpaczam. Wręcz przeciwnie. To uczy rozsądnego podejścia do wydawania pieniędzy.