Jedzenie

Atelier Amaro

autor Żona Październik 14, 2014 2 Komentarzy
DSC03718
Od długiego czasu rosło w nas zainteresowanie kuchnią molekularną. Fascynowało nas to naukowe podejście do przygotowywania posiłków, zabawa konsystencją, fakturą, kolorem i smakiem potraw. O Atelier Amaro słyszeliśmy już dawno, ale dopiero od kiedy dostało gwiazdkę Michellina zapragnęliśmy tam zjeść. Tak z ciekawości. Z ciekawości jak to jest zjeść posiłek w gwiazdkowej restauracji i czym tak naprawdę jest kuchnia molekularna.

Kiedy więc zaczęły się krystalizować nasze plany na październikowy urlop bez dzieci, mój mąż zrobił rezerwację w Atelier. Było to jakieś… 5 miesięcy temu i, szczerze mówiąc, byliśmy zdziwieni, że udało nam się dostać ten termin. I tak po 5 miesiącach oczekiwania weszliśmy w progi Atelier.

DSC03719

Pierwsze wrażenie

Z zewnątrz budynek restauracji jest bardzo niepozorny. I mały. Maluśki. Słyszeliśmy, że nie ma za dużo stolików, ale po gwiazdkowej restauracji spodziewaliśmy się czegoś… chyba większego ;) W środku mimo niewielkiej przestrzeni przestronnie, nowocześnie i elegancko. Obsługa wita w drzwiach, odbiera płaszcze, prowadzi do stolika, a nawet zasuwa za nami krzesła. W pierwszej chwili pomyślałam sobie, że faktycznie snobistyczny lokal z wyższych sfer, ale po pewnym czasie dotarło do mnie, że tam każda osoba z obsługi jest tylko i wyłącznie po to, żeby klient czuł się wyjątkowo. My w każdym momencie czuliśmy się jak goście honorowi.

Początek

Usiedliśmy i natychmiast zaproponowano nam coś do picia i podano menu. A tak naprawdę, to dostaliśmy kartkę z papieru czerpanego z wydrukowanymi „momentami”. Jeden moment to jedno danie. Na kartce było 6 momentów, każdy moment ma określone 3 główne składniki, które są użyte w daniu. Nie wiemy, jakie dostaniemy danie. Wiemy, co będzie zawierało. Mniej więcej. Na tym etapie wybieramy, ile momentów zjemy: 3, 4 lub 5 za odpowiednią kwotę 145zł, 180zł i 210zł. Menu jest bardzo zmienne i zależne od sezonowych produktów. Bywa tak, że sam skład momentów się nie zmienia, ale zmieniają się same dania, czyli to co ostatecznie dostajemy na talerzu. Nasze dzisiejsze menu wyglądało tak:

menu

 

Zdecydowaliśmy się na 5 momentów i każde z nas musiało wyeliminować jeden moment z menu. Pozostało nam już tylko czekać w podekscytowaniu na kulinarne dzieła sztuki ;)

Jak się potem okazało, obsługa była także podekscytowana oczekiwaniem na specjalnego gościa - niestety, nie byliśmy to my ;)

Jak się potem okazało, obsługa była także podekscytowana oczekiwaniem na specjalnego gościa – niestety, nie byliśmy to my ;)

Zanim zaczniemy jeść

Zanim dostaliśmy nasz pierwszy moment z kategorii starterów, podano nam trzy „czekadełka”. To takie mikro dania, w większości na jeden kęs.

Piana z kapuśniaka podana w drewnianej filiżance z chipsem ziemniaczanym

Piana z kapuśniaka podana w drewnianej filiżance z chipsem ziemniaczanym

Ziemniak z czarnym kawiorem z masła i okruszkami soli - stylizacja na sushi ;)

Ziemniak z czarnym kawiorem z masła i okruszkami soli – stylizacja na sushi ;)

To czekadełko zrobiło na nas największe wrażenie ze wszystkich trzech, przede wszystkim samym wyglądem ;) - brokuł z musem morelowym, pop cornem z prosa i słoniną, a do tego koszyczek wypiekanego na miejscu pieczywa: czarnego chleba z orzechami i pestkami dyni, zabarwionego popiołem ze słomy, bułeczek z kminkiem i najpyszniejszych drożdżówek jakie jedliśmy w życiu

To czekadełko zrobiło na nas największe wrażenie ze wszystkich trzech, przede wszystkim samym wyglądem ;) – brokuł z musem morelowym, pop cornem z prosa i słoniną, a do tego koszyczek wypiekanego na miejscu pieczywa: czarnego chleba z orzechami i pestkami dyni, zabarwionego popiołem ze słomy, bułeczek z kminkiem i najpyszniejszych drożdżówek jakie jedliśmy w życiu

Momenty

Po „czekadełkach” przyszedł czas na momenty, ale zanim przyszedł pierwszy starter uzupełniono nam kieliszki z wodą i zebrano okruszki ze stołu (ach, czemu!?).

Ja wybrałam na pierwszy starter śledzia, chrzan i cebulę. Śledź z pudrem z buraka był tak niesamowity, że długo na zostanie mi w pamięci.

Moment pierwszy: Śledź z chrzanem w pudrze z buraka i z chipsem z cebuli

Moment pierwszy: Śledź z chrzanem w pudrze z buraka i z chipsem z cebuli

Drugiemu momentowi nie zrobiłam zdjęcia, sama nie wiem czemu, a był naprawdę wyśmienity. Były to smażone rydze, z musem z karczocha, musem z bakłażana i chipsem z kurczaka. To było naprawdę obłędne!

Turbot z musem z młodych kurek, z kruszonką z pietruszki (i czegoś tam jeszcze) w sosie z sokiem winogronowym, topinamburem i z jadalnymi kwiatami

Turbot z musem z młodych kurek, z kruszonką z pietruszki (i czegoś tam jeszcze) w sosie z sokiem winogronowym, topinamburem i z jadalnymi kwiatami

Kaczka, która skradła nasze serca: kaczka z kaszą gryczaną, z grzybami i śliwkami oraz z nitkami z buraka

Kaczka, która skradła nasze serca: kaczka z kaszą gryczaną, z grzybami i śliwkami oraz z nitkami z buraka

[Deser: sernik z dyni, na toffi z jałowcem, z musem z pigwy, na liściach z klonu(?) i lipy (?) oraz z pudrem z cykorii]

Deser: sernik z dyni, na toffi z jałowcem, z musem z pigwy, na liściach z klonu(?) i lipy (?) oraz z pudrem z cykorii

Nieoczekiwany gość

Każde z tych dań było zaskakujące. Zaskakiwało smakiem, strukturą, prezentacją. Każde smakowało obłędnie. Ale prawdziwie zaskakującym momentem był moment, w którym w restauracji pojawił się pewien specjalny gość. Pierwszy zorientował się Marcin i kiedy powiedział mi o swoich domysłach, ciężko mi było w to uwierzyć. Potem jednak zauważyłam, że faktycznie obsługa zrobiła się spięta, pojawił się sam szef Amaro i wszyscy kucharze. I wtedy do restauracji wszedł Marco Pierre White. Jeśli nie wiecie, kto to, to jest to jeden z najbardziej znanych szefów na świecie i to właśnie u niego uczył się gotować Gordon Ramsey. Widać było, że szef Amaro jest mocno podekscytowany tą wizytą i sam osobiście prezentował gościom Pierre White’a dania. Po dwóch starterach szef Amaro uśmiechał się z zadowoleniem, więc wnioskujemy, że wizyta była bardzo udana.

Kucharze szykują się do powitania gościa

Kucharze szykują się do powitania gościa

Do Atelier Amaro przybył sam Marco Pierre White!

Do Atelier Amaro przybył sam Marco Pierre White!

Szef Amaro osobiście prezentował dania :)

Szef Amaro osobiście prezentował dania :)

Podsumowanie. Warto czy nie warto?

My mówimy: absolutnie warto! Dlaczego? Bo nie wiem nawet, jak mam opisać to, co dziś jedliśmy. Bo nie potrafię. To tak, jakbym chciała opisać niewidomemu słońce. To trzeba spróbować samemu. Doświadczyć tych smaków zamkniętych w nieoczekiwane struktury i kompozycje. Nasz rachunek wyniósł trochę ponad 500zł i nie żałujemy żadnej wydanej złotówki! Na pewno jeszcze tam wrócimy, może latem, kiedy jest sezon na tyle cudownych produktów? Ciekawi jesteśmy bardzo, co Atelier Amaro zaproponuje nam z truskawek czy malin.

Jeśli macie jakieś pytania, jakieś wątpliwości – piszcie w komentarzach. Na wszystkie postaramy się odpowiedzieć. A na koniec polecam wam jeszcze inną relację z Atelier Amaro, sprzed około dwóch tygodni – możecie porównać sobie menu i zobaczyć, że faktycznie mimo tak krótkiego odcinka czasu w menu są znaczące różnice.

Może ci się też spodobać

  • jaroslawczajaZnadPlanszy

    500 zl… nie, dziekuje, nie stac mnie.

    • Nikomu nie każę iść i wydawać niemałej (wbrew pozorom dla nas też nie) kasy na parę dań, którymi ledwie co można się najeść. Ale jednemu nie żal wydać 200zł na planszówkę, czy bilet na koncert ukochanego zespołu, a nam – kulinarnym smakoszom – nie żal ani jednej złotówki wydanej na ten obiad. To było jedno z naszych marzeń, w dodatku zafundowaliśmy sobie to z okazji zbliżającej się rocznicy jednej, drugiej i urodzin ;)