Bardzo serio

10 najpiękniejszych chwil w moim życiu

autor Żona Czerwiec 22, 2015 2 komentarze
5av
Kiedyś byłam ogromnie romantyczna. Kochałam Anię z Zielonego Wzgórza i czekałam z utęsknieniem na swojego Gilberta. Potem, wiecie, przyszło prawdziwe życie i zaorało te podlotkowe marzenia. Zrobiłam się trochę mniej sentymentalna. Ale tylko trochę ;)

Wspomnienia to ciekawa sprawa. Czasem coś z pozoru banalnego zapada nam bardzo głęboko w pamięć. Wystarczy, że to coś występowało w towarzystwie smaku, zapachu, emocji. Czasem możemy patrzeć na najpiękniejszy zachód słońca i nie będzie wart zapamiętania, bo obok nas nie było tej właściwej osoby. Lubię wracać we wspomnieniach do tych najpiękniejszych chwil, bo przywołują te pozytywne emocje, cudowne smaki, zapachy i widoki, dzięki którym tak trwale się w mojej pamięci zapisały. Lubię się dzielić moimi najpiękniejszymi wspomnieniami w równym stopniu, co wysłuchiwać wspomnień innych, więc jeśli czujecie potrzebę czymś się ze mną podzielić, to śmiało piszcie w komentarzach ;) Ja przygotowałam dla was dziś 10 najpiękniejszych momentów mojego życia.

1.
Początek wakacji

W czasach podstawówki najpiękniejszą chwilą w roku był początek wakacji. Kiedy tylko była ładna pogoda, czyli prawie codziennie, robiłam sobie kanapki, pakowałam je razem z piciem i ręcznikiem do plecaka, zachodziłam po moją przyjaciółkę i szłyśmy nad jezioro. Na Warmii tych jezior jest mnóstwo, prawie każda miejscowość ma jakieś jezioro w odległości najwyżej kilku kilometrów. My chodziłyśmy codziennie 2 km nad jezioro, w upale i kurzu. Czasami zatrzymywałyśmy się pod dziką jabłonią i zjadałyśmy jabłka, czasem zrywałyśmy kłosy pszenicy i rozgryzałyśmy ziarenka, żeby poczuć ten mączny smak. A gdy już w końcu docierałyśmy na miejsce, to zbiegałyśmy z górki po drodze pozbawiając się plecaków i ubrań i wbiegałyśmy do wody, żeby się schłodzić. Kiedy myślę o idealnych wakacjach, to zawsze przypominam sobie całe dnie spędzane nad jeziorem, od 10 rano do 18-19 wieczorem. Wystarczyło kilka kanapek i coś do picia. I prawie nigdy nie było z nami nikogo dorosłego.

2.
Dzień inauguracji studiów

Była wtedy piękna złota jesień. Pamiętam do tej pory to podekscytowanie i przejęcie jakie mi towarzyszyło na Inauguracji. Choć od prawie roku miałam 18 lat, to właśnie dopiero wtedy poczułam po raz pierwszy, że jestem dorosła, że to ja sama decyduję o swoim życiu. Jedna tylko rzecz na chwilę zepsuła mi ten podniosły nastrój – jakiś mój pajacowaty kolega z roku (nikogo nie znałam), który siedział obok mnie na inauguracji wygłupiał się i nieustannie żartował. Z perspektywy czasu widzę, że byłam chyba najsztywniejszą dziewczyną na całej sali (taką przybieram pozę, kiedy się czuję niepewnie i żeby ukryć swą nieśmiałość). Acha, ten pajac został potem moim mężem ;)

3.
Nasze zaręczyny

Nasze zaręczyny w kategorii najbardziej romantycznych zaręczyn z pewnością zajęłyby zaszczytne ostatnie miejsce. Ale przynajmniej odbyły się bardzo spontanicznie i w totalnej głupawce. Nie dostałam pierścionka, nie dostałam kwiatów, nie usłyszałam nawet obowiązkowej formułki, ale i tak z wielkim sentymentem będę wspominać ten moment i jak bardzo byłam wtedy szczęśliwa.

IMG_1498

4. i 5.
Moje śluby

(pisałam już o tym, że miałam dwa). Pierwszy w piękny grudniowy dzień, tym piękniejszy, że siedząc u fryzjera dowiedziałam się z radia, że Polska zagra w finale mistrzostw świata z Brazylią. Potem piękna msza (ale nie ślubna) wśród rodziny i przyjaciół, mój tata rozwiązujący krzyżówki w USC, bo przyjechaliśmy za wcześnie, po ślubie olbrzymia kolejka ludzi i życzeń i moje bolące od uśmiechania się policzki. Totalna radość podsycona dodatkowo wygranym meczem, a dla mnie prawdziwy początek nowego życia. Drugi ślub dwa tygodnie później, też w grudniowe popołudnie, bardzo ciepłe (jak na grudzień) i słoneczne. Mniej głupawe a bardziej poważne, chyba trochę czuliśmy, że teraz to już tak na serio ;)

6.
Mój pierwszy raz na Manhattanie

Następnego dnia po przylocie do Nowego Jorku, pewnego grudniowego wieczoru wyszłam z metra przy Macy’sie i zaniemówiłam. Po chwili zaczęła mnie boleć szyja od zadzierania głowy, mój mąż trzymał mnie mocno za rękę, żebym na nikogo w tym tłumie nie wpadła a ja gapiłam się na każdy mijany budynek z rozdziawionymi z zachwytu ustami. Betonowa dżungla. Ludzi w tej dżungli jak mrówek. Świateł tyle, że jasno prawie jak w dzień. Nie mogłam się nie zakochać w Nowym Jorku.

IMG_3238

7.
Nasze wakacje na Sardynii

Jeszcze bez dzieci, choć właśnie tam dowiedzieliśmy się, że zostaniemy rodzicami. Wspominamy długą podróż samochodem przez pół Europy, nocleg w austriackich Alpach w małej drewnianej chatce, rejs ogromnym promem, ostre górskie zakręty i widok na nasz „ośrodek wczasowy”, który ukazał nam się nagle za zakrętem.

8.
Narodziny moich dzieci

To oczywiste. Hormony robią swoje i nieważne jak ciężki i długi miało się poród, ten moment kiedy można po raz pierwszy przytulić dziecko należy do najszczęśliwszych chwil w życiu. Po prostu.

9.
Kiedy zaczęłam pisać bloga

Do dziś pamiętam ten dreszcz podniecenia i adrenalinę, kiedy wciskałam po raz pierwszy przycisk „Opublikuj” pod pierwszym tekstem na blogu. Nikt o nim jeszcze nie wiedział (tylko mój mąż), ale wiedziałam, że jak już kliknę, to przepadnie. Bałam się, czy ktokolwiek zechce mnie czytać, jak zareagują znajomi, czy będzie mi się nadal chciało po miesiącu. Po ponad roku mam już do tego spory dystans. Nic nie muszę, nie spinam się, piszę i patrzę, dokąd mnie to zabierze. Jednak nadal jest jakaś magia w tym, że ja piszę, a ktoś, kogo kompletnie nie znam, chce to czytać ;)

kif03

 10.
Kiedy moje dzieci się bawią

Razem. Są wspaniałym rodzeństwem. Spierają się, oczywiście, ale też naprawdę się lubią. Patrzę na Filipa, który chodzi krok w krok za Klarą i robi wszystko dokładnie tak jak ona. Patrzę na Klarę, jak jest opiekuńcza w stosunku do brata, jak na spacerze ostrzega go przed schodami, jak odciąga go od ulicy i jak pilnuje, żeby nie zrobił sobie krzywdy na placu zabaw. Kiedy na nich patrzę, wiem, że daliśmy im najlepszą rzecz pod słońcem: rodzeństwo.

Ciekawa jestem, o czym wy będziecie opowiadać wnukom w przyszłości? Nie dajcie się prosić, chętnie poznam wasze najpiękniejsze wspomnienia ;)

Wpis powstał w ramach ostatniego już wyzwania blogowego Uli z bloga Sen Mai. Od dziś aż do piątku będę publikować posty na zadane tematy, codziennie nowe ;) Wpadajcie!

Może ci się też spodobać

  • Punkt 2 i 3 wywołują u mnie zawsze uśmiech na twarzy :) Na inauguracji pomyślałem dwie rzeczy:
    1. Kurde, ale sztywna albo zdenerwowana
    2. Niezłe nogi
    ;)

  • Paweł Cichocki

    Pierwsze, które mi się przypominają. Chronologii brak.
    1. Te nieliczne chwile kiedy dociera, że „ten człowiek jest moim przyjacielem”.
    2. Pierwsza wygrana w RftG
    3. Pobyt w Chinach
    4. Pewien konkretny, samotny wieczór na balkonie pokoju hotelowego w Siem Reap
    5. Spacer zaułkami Bangkoku
    6. Ja, leżak, statek… i zatoka Ha Long
    7. Sushi day nad Wisłą. I ta zupa! :-)